RSS
czwartek, 12 października 2006
Polska du du du, Polska du du du..

No cóż, nie można nie napisać. Polska-Portugalia 2:1 i przyznam, że wynik wywołuje pewien niesmak:) Czwórka lub piątka powinna wejść na miękko, ale nic to. Tak dobrze grającej reprezentacji nie widzieliśmy... no właśnie, o ile trzeba by się cofnąć? Do 3:0 z Norwegią Engela? Jeszcze wcześniej? Dajmy spokój. Dominowaliśmy nad czwartą drużyną świata i wicemistrzami Europy przez 92 minuty! Dla mnie to był mecz bocznych obrońców i skrzydłowych. Brona, który w Legii kopie po autach był wszędzie - 9 przejęć, 7 wybić, 15 celnych podań do przodu, 3 minięcia rywali i tylko 6 strat! I popatrzmy z kim - po drugiej stronie technicy i wojownicy jakich mało. Golan nie gorzej, Błaszczykowski mijał Portugalczyków jak chorągiewki, a o Smolarku nic nie napiszę;) Potrafimy grać w piłkę tylko trzeba nam na to pozwolić. Cieszmy sie póki jest z czego, a za miesiąc weryfikacja. Z Belgami będzie inny mecz, ale jeśli pozwoli sie naszym grać to możemy się znowu cieszyć. Ja mecz obejrzę juz pewnie z Jankiem..

 

09:46, johnny_the_blackbird
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 października 2006
Tuby

Jest kwestia. Milan i WSI. Chciałbym się temu przyjrzeć w miejscu cichym i spokojnym. Chciałbym to rozważyć ze swojego punktu siedzenia. Pewnie znowu będą kłopoty ze składnią i logiką, ale cóż - trening czyni mistrza(?).

Pytanie podstawowe: Czy Milan (nie jesteśmy po imieniu, ale brzmienie jakoś mi podchodzi;) był (jest) agentem WSI? Odpowiedź: NIe wiem. Pytanie: Czy chcę to wiedzieć? Odpowiedź: Załóżmy, że tak. Pytanie (pierwsze ważkie): Czy mam szansę? Odpowiedź: Wątpię. Przede wszystkim, z racji wykonywanej pracy i zawodu, znam ustawę o ochronie informacji niejawnych. W moim przekonaniu nie ma podstaw prawnych do ujawnienia materiałów pozwalających jasno zweryfikować doniesienia prasowe na temat M.S. i innych podobnych. Owszem, można przeprowadzić szeroką wykładnię systemową i znaleźć szczelinę (albo worek), ale pamiętać należy, że rozwiązania przyjęte w ustawie są częścią systemu bezpieczeństwa NATO (uchwalono ją na wzorach Paktu) i konsekwencje (prawne) ujawnienia informacji, o których mowa w art. 25 ust. 1 pkt 1) mogę być daleko dalej idące niż to się niektórym wydaje. Reasumując, przed ujawnieniem materiałów trzeba się kilka razy zastanowić i mimo wszystko uważam, że w całości nikt ich nie opublikuje. Będzie problem także z publikacją częściową - wystarczy się przyjrzeć konstrukcji powoływanego przepisu, jak również następującego po nim punktu 2) ("dane identyfikujące"). Wychodzi więc na to, że jedynym źródłem wiedzy będą doniesienia prasowe zwalczających się stron. W związku z tym następne pytania: czy w środowisku dziennikarskim funkcjonowali agenci służb specjalnych? Odpowiedź nawet dla teoretyka wydaje się oczywista - wynika z założeń polityki realizowanej przez władzę totalitarną (bo za taką chyba już powszechnie uznaliśmy komunę?). Czy ze służb tego rodzaju się "wychodzi"? Wątpliwe graniczące z niemożliwym. To koteria wzajemnych powiązań, w których funkcjonuje się do końca życia. Nawet stanie z boku jest swego rodzaju "funkcjonowaniem". Nie mylić z "uśpieniem" oczywiście. O co więc w tym całym zamieszaniu chodzi? Wiemy już, że środowisko dziennikarskie (samo doskonale sobie zdaje z tego sprawę) jest skażone agenturą. Kwestia oczyszczenia to odrębny temat (to jest kwestia krążąca jak lancet). Póki co chodzi o to, i to jest moim zdaniem podstawowe pytanie, czy Milan wpływał w jakikolwiek sposób na Panów S&M w trakcie przygotowania i realizacji materiału z udziałem dwóch posłów i naszej Maty? Odpowiedź: Nie dowiemy się. Co w tym wszystkim boli (być może drugie ważkie pytanie)?

Po pierwsze, starcie Dawida z Golliatem. Jestem zdecydowanie przeciwny uznawaniu za autorytet tych dziennikarzy, którzy dysponują głośniejszą tubą. Panowie S&M nigdy mnie medialnie nie pociągali. Uważam ich za typowy przykład typu "Oto Jestem Ja-DZIENNIKARZ. Prezentuję Się Okazale I Jestem Gwiazdą Swojego Świetnego Szoł". Niczym takim Panowie S&M mnie nie ujęli żebym mógł ich uważać za przedstawicieli jedynych słusznych (podkreślam liczbę mnogą) idei. A w tubach tak to się właśnie prezentuje. Kto jest teraz najbardziej zraniony? Komu nadepnęło się na paluszek, a przecież nie wolno? Kto stracił panowanie nad Swoim Świetnym Szoł? Kiedyś byłem zdania (i to jest odrębny temat, z którym pewnie niedługo się zmierzę), że GW jest miejscem spotkań ludzi myślących szeroko. I to był wielki błąd. GW jest taką sama tubą jak TVN i inne podobne. Dlatego z założenia nie odwracam się już od mediów o mniejszej sile finansowego rażenia, nawet jeśli do tego nawołuje się dokoła. Mechanizm jest prosty" My prezentujemy wyważone opinie oparte na wiedzy i doświadczeniu, a cała reszta to fantaści, pozbawieni atutów i zwolenników wyraziciele "spiskowej teorii dziejów".  Nie ze mną pod tym hasłem.

Po drugie, zdumiewa mnie argument, o jakoby przemyślanym działaniu polegającym na ujawnieniu założeń raportu z likwidacji WSI w „odpowiednim momencie”. Abstrahując od nazwy: jest partia, która w swoich założeniach ma likwidację służb. Powstaje ustawa, rozporządzenia, wszystko jawne z określeniem daty zakończenia działalności. I nagle wali się w tuby, że to działanie „wrogie”, nie służące niczemu innemu poza osłabieniem naszej racji stanu. Gdyby likwidacja służb jakichkolwiek miała uderzyć we mnie i wiedziałbym o tym od jakiegoś czasu, to JA raczej starałbym się wykonać ruchy mające na celu zdyskredytowanie tejże likwidacji. Oczywiście w tle toczy się walka polityczna i co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Nie dla mnie jednak rysowanie poglądu jakoby warstwa warchołów uderzała w rzeszę nieskazitelnych.

W weekend, w jednym z dzienników, przeczytałem wypowiedzi dwóch naukowców zajmujących się filozofią etyki i socjologią na temat funkcjonowania mediów w naszym kraju. Z wieloma tezami się zgadzam. Uprawianie dziennikarstwa w tym kraju powoli „dorasta” poziomem do sposobu uprawniania polityki. Kto dysponuje większą ilością watów w tubie ten ma rację. A może zawsze tak było.. Tylko nie wycierajmy sobie mord się pojęciem „racji” tak jak politycy „dobrem Polski”.   

11:52, johnny_the_blackbird
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 października 2006
Najki

Masłowska dostała Nike i rozpętała się burza. Tak na marginesie warto zwrócić uwagę, że dzień bez burzy byłby dniem w polskich mediach straconym;) W każdym razie odezwały się głosy miażdżące (w większości) oraz hołubiące (mniej więcej co piąty). Głosy pierwsze biją na alarm w kwestiach poprawności językowej i braku konceptu jako takiego, drugie, oskarżają pierwsze o brak pojęcia, zgredziałość, rdzę umysłową. Gdzieś po środku kilka osób próbuje zbilansować (i „zbalansować”) plusy i minusy tak, aby jedne nie przysłoniły drugich. A ja? Cóż, nie czytałem żadnej książki Masłowskiej więc nie czuje się uprawniony do ich merytorycznej oceny. Jedyne na czym mogę się opierać to zdanie, gust mojej małżonki, osoby oczytanej i ... mającej często odmienny ogląd spraw. M. przeczytała "Wojnę.." i rozpoczęła "Pawia.." nie skończywszy go. Uważa, że choć "Pawia" trudno przełknąć, za propozycję tego rodzaju formy i jej realizację należą się autorce pochwały. Co do "Wojny.." to zdaniem M., książka ma pewien koncept tylko "co z tego" - niewiele się czai pod tymże konceptem. Podobnie zresztą jest z pozycją, za którą Pani Dorota otrzymała wczoraj Nike. Gdybym przeczytał moglibyśmy się pokłócić, a w takiej sytuacji pozostają mi jedynie poniższe uwagi.

Nie uważam żeby zastosowanie specyficznej formy dyskredytowało przekaz, problem w tym, żeby ten przekaz istniał. Z drugiej strony, przeczytawszy ostatnio wywiad z W. Myśliwskim zafrapowało mnie jego podejście: w literaturze najważniejszy jest język. Tło, postaci, fabuła to kwestie drugo-, trzeciorzędne. Pod tym względem pozycje D. Masłowskiej raczej nie zachwycają (podobno). Problem przekazu jednak wydaje się, dla mnie przynajmniej, być ważniejszym niż użyte środki. Z tego co czytam wiele osób, w tym moja małżonka, po przeczytaniu książek Doroty zadaje sobie pytania "I co dalej?", "Co w związku z tym?". Tego typu reakcje sugerują brak "środka", tego rdzenia, dzięki któremu literatura zostaje w głowie, zmusza do zastanowienia, do zatrzymania się, a czasem nawet do zmiany. Pojawienie się potrzeby działania, zmiany,  świadczy, w moim przekonaniu, o najwyższych lotach literatury. Sam opis rzeczywistości plus nowatorska forma to może być za mało, może skończyć się na pytaniach, o których powyżej. Nie zgadzam się również z koronnym argumentem obrońców Masłowskiej, dotyczącym niewiedzy i braku chęci zagłębienia się w prawdziwe życie dzisiejszych dwudziestolatków ze strony oponentów autorki (i werdyktu). Rozumiem dwudziestolatków, którzy wysuwają tego typu argumenty, bo sam kiedyś miałem tyle lat. Rozumiem , ale się nie zgadzam. Problem w tym, że po jakimś czasie taki dwudziestolatek zaczyna rozumieć, że mechanizmy rządzące jego życiem są w gruncie rzeczy identyczne jak jego rodziców, czy innych osób, które on, dwudziestolatek, krytykuje za zgredziałe podejście (to charakterystyczne zjawisko dla trzydziestolatków – rodzące się w bólach zrozumienie zachowań swoich rodziców (co do zasady) i pojawiające się w bólach jeszcze dotkliwszych potępienie dla niektórych swoich przeszłych zachowań). Zmieniać się mogą jedynie formy, ale "duża" literatura jest w tym zakresie uniwersalna. Czytając Dostojewskiego, mamy przed oczami bohaterów dwudziestoletnich niejednokrotnie, żyjących w innej rzeczywistości pod każdym w zasadzie względem, a jednak współodczuwamy z nimi, bez względu na wiek. Tak mi się wydaje przynajmniej. Jesteśmy w stanie odkryć w sobie te pokłady młodości i zależności, które wtedy w człowieku funkcjonują. Dostojewski nie jest tu wyjątkiem oczywiście. Czy tak jest w przypadku książek Doroty? Sporo ludzi w to wątpi.

Wreszcie kwestia porównań: Masłowska - Szymborska, Masłowska - reszta itp. Dla mnie trochę nie na miejscu. Nie jestem teoretykiem literatury, ale nie pozwoliłbym sobie na tego rodzaju porównania z żadnej strony. I nie dlatego, że Szymborska to ikona (nie czytam wierszy btw.). Takie formy i przez to osoby są nieporównywalne poprzez brak wspólnego mianownika. Swoją drogą, gdybym był Szymborską odebrałbym to tak: piszę cudownie, ale pewna dwudziestolatka juz mnie zakasowała;) Gdyby tak rzeczywiście było, Masłowska musiałaby stanowić perłę jakie rodzą się jak Małysz - raz na sto lat. Czy tak jest? Trudno powiedzieć. Czytałem kilka głosów innych, tzw. zasłużonych twórców. Wypowiadali się ostrożnie, chyba ich rozumiem. Oczywiście trzeba sobie zdawać sprawę z zazdrości nieobcej środowiskom artystycznym (najłagodniej mówiąc). Mimo wszystko rozumiem ostrożność części komentatorów. Między innymi dlatego, i to będzie ostatnia kwestia w tych rozważaniach, że obdarowanie najpoważniejszą nagroda literacką osoby tak młodej, mającej na swoim koncie dwie, niezbyt obszerne powieści i kilkadziesiąt felietonów, jest obarczone dużym ryzykiem. Dla autorki chyba największym. Nie znaczy to, że nagrody maja otrzymywać tylko seniorzy u schyłku życia, ale czy najważniejsza(?)  nagroda literacka w Polsce powinna iść w kierunku aż tak ryzykownym? Na świecie jest moda na wyszukiwanie nastoletnich geniuszy, ale zdolności to nie wszystko. Szczególnie w pisaniu.

Życzę Dorocie Masłowskiej żeby umiała się odnaleźć w zamieszaniu, które sama, pośrednio, spowodowała:) Życzę jej żeby pozostała sobą i rozwijała się bez przeszkód. No i oczywiście życzę następnych nagród, bo powinniśmy  nauczyć się cieszyć z sukcesów innych. Inaczej będziemy tkwić w polactwie, a miernota nas zeżre. 

11:25, johnny_the_blackbird
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 października 2006
podróże

jesień jak w mordę strzelił

jednak bez wypieków na twarzy

już mnie nie traktuje jak swego

na peronie cofnęło mnie

to silniejsze

i nie myliłem się

blask pozostał

może nawet byśmy pogadali

gdyby nie kolesie

podróże

między wagonem a wagonem

mieszkaniem a domem

obrazy ludziki spojrzenia badawcze

kto silniejszy

stado

jesień i statek z żółta banderą

ja

chyba jednak

ty

 

09:49, johnny_the_blackbird
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 września 2006
Piątek

Człowiek bywa czasami zmęczony. Życie mija w 2B - brutalnie i banalnie. Dzieje się wiele: w polityce, w pracy, w związku, ale najwięcej i najboleśniej dzieje się w głowie. I co najciekawsze (a może zupełnie nudne) - klawiatura milczy. Czekać czy próbowac sie przełamać? Będzie ciężko - dużo ludzi w domu, w telewizorze Radwańska, głosy, szumy, puste słowa. Chyba dam spokój choc z drugiej strony najtrudniejsze jest właśnie pisanie "pod górę". Umiejętne pisanie. Tylko wtedy lepiej być w górach(sic!) albo w jakiejś knajpie w Sopocie, zasłonić sie piwem i dymem papierosowym. A może wcale nie? Może jak coś uwiera to uwierać będzie wszędzie? O Boże, tyle pytań, które kiedyś wydawały sie oczywiste. Pewnie, że będzie. Kończmy męczarnie.

Ten blog będzie trochę o polityce, trochę o sporcie, dużo o muzyce i pisaniu, a najwięcej o boksowaniu się ze sobą (co zresztą może się mieścić w pojęciu "sport";) oraz o relacjach. Szeroko pojętych. I być może nie zawsze tak łykowato (?) jak dziś.

19:08, johnny_the_blackbird
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 września 2006
Miało być..

    Miało być jutro, miało być o wywiadzie z Witkowskim. Jest prawie tydzień później, a rzeczony wywiad mi zaginął. Zaciekawił mnie ze względu na pewnego rodzaju próbę analizy sytuacji twórcy i procesu tworzenia w naszej rzeczywistości. Czy konieczna jest prowokacja, założenie maski, sprzedanie pewnych pozorów o dziele po to żeby rzucić na nie światło? Odpowiedź jest trudna, nawet dla idealisty. Dzisiejszy świat medialny - ta wielka przykrywka realnego życia - narzuca swoje brutalne warunki. Mozna sie odwrócic i, jak mówi Witkowski, pisać do niszowych magazynów dla yntelektualystów, na łamach których notabene, często toczy sie wojna podjazdowa o garstkę czytelników. Można też użyc taniego fortelu i wystawić co pikantniejsze kawałki na pożarcie machiny, a potem starać się pokazać prawdziwe oblicze tym, którzy nabrać sie nie dali lub tym, którym papka nie wystarcza. Problem jest taki, ze Witkowski wydaje się zmęczony. Wątpliwym pocieszeniem może być dla niego fakt, iż podobnie, a może nawet bardziej wymęczeni, są autorzy na próżno dobijający sie do czasopism branżowych. Złoty środek? Łut szczęścia, talent i dobry moment? Byc może. A może rozmowy z papierem i szuflada..

    Dzisiaj dzieje sie dużo medialnie i dużo politycznie. Jestem troszke bliżej mediów i polityki niż przeciętny mieszkaniec naszego kraju i ... jak każdy - swoje wiem;) Zastanawiam sie tylko ile czasu zajmie nam wypracowanie przyzwoitych standardów politycznej gry. Czy takie standardy w ogóle istnieją? MOże wszystko zależy tylko od grubości i dźwiekoszczelności kołdry? A może sa ludzie, którzy chcą byśmy tak myśleli? Którym wygodnie jest załatwiać swoje interesy trzymając jednocześnie odpowiedni dystans do tzw. społeczeństwa? Ilu ludzi, tyle teorii, przynajmniej w tym kraju. Wiem jedno (doświadczenie życiowe - ciągle niewielkie - oraz zawodowe, wskazuje mi taką drogę) - to co się dzieje jest niekoniecznie tożsame z obrazem na niebieskim (?) ekranie.

   Jutro pewnie dalszy ciąg refleksji.. Znowu jutro..

 

19:22, johnny_the_blackbird
Link Komentarze (1) »
czwartek, 21 września 2006
Być może jest szansa..

.. na napisanie czegoś ciekawego, podzielenie sie wrażeniami o rzeczywistości, o tym co boli, o tym co już nie, na zamieszczenie paru wierszy, zdjęć, być może tekstów nie-do-końca-przemyślanych, paru skarg i zażaleń. Być może znajdzie sie kilku ludzi, z którymi zaiskrzy, którzy będą zdolni do komentarza bez nienawiści, bez uprzedzeń. Być może uda się coś "stworzyć", "wycisnąć", popatrzeć z realizmem, popatrzeć z nadzieją. A jak nie, zawsze można zablokować i podążać samemu.

Jutro będzię o wywiadzie z M. Witkowskim.

 

20:25, johnny_the_blackbird
Link Dodaj komentarz »